• KROS
  • Kondolencje dla Dagmary Karkowskiej Kondolencje dla Dagmary Karkowskiej
  • ERA
  • najnowsze Wiadomości 43bis Kondolencje dla Liliany Lewandowskiej-Strehl
  • https://OPTYKOKULISTA ul. Sucharskiego 2 ===Sponsor KAS-y===
  • https://Millennium Trwa REKRUTACJA do LOdD
  • wpolityce.pl
  • Baszyński
  • https://SPONSOR PREMIUM Sponsor KAS-y
  • MPK Łódź
  • https://KOMUNIKACJAPabianice BUS 3 LINIA ES-KA-ES: Konstantynów Łódzki - Pabianice
  • https://KOMUNIKACJAPabianice BUS LINIA Szadek - Łódź
  • https://PRZEDSIĘBIORSTWO KOMUNALNE
  • https://NIEDZIELA
  • https://40 lat Solidarności
  • https://KOMUNIKACJA Rozkłady jazdy od 25 kwietnia 2021
  • przegladsportowy
  • https://PiS Konstantynów Łódzki
  • PAPsamorząd
  • HLI POLSKA
  • fines
  • SIP
  • Polskie Radio24
  • Prawo dla samorządu
  • portalsamorzadowy
  • WSPOLNOTA
  • BO 2018 III edycja, 2018
  • WSPÓLNOTA RANKING GMIN
  • TV Trwam
  • Do Rzeczy
  • wSieci
  • gazetaprawna.pl
  • Rzeczpospolita
  • Igrzyska Olimpijskie PKOl
  • Dołącz do nas na Facebooku Bernard Cichosz, red. nacz. "43bis"
  • X Bieg Wdzięczności ZDJĘCIA
  • PRO-LIFE
  • www.pzps.pl/
  • http://siatka.org/kategoria/aktualnosci/
  • Rodzina500+
  • chrzest966.pl
  • Telewizyjny Kurier GCI
  • WARTO ROZMAWIAĆ
  • OBLICZA MANIPULACJI
  • Radio Warszawa
  • GRUDZIEŃ 1970 Przemówienie PREZYDENTA Andrzeja Dudy o świcie w Gdyni-Stocznia wejdzie do historii Polski. Każdy patriota powinien go wysłuchać! (Krzysztof Wyszkowski)
  • Radio Maryja 25 lat na antenie
  • Klub im. Romana Dmowskiego
  • CitizenGO to społeczność aktywnych obywateli
  • https://Big Ben NIEPLANOWANE
  • niezalezna.pl/
  • http://www.wsieci.pl/
  • Radio Łódź
  • http://www.naszdziennik.pl/
  • Dziennik Łódzki
  • https://Express Ilustrowany
  • KŻ Orzeł
  • www.ordoiuris.pl/
  • www.ordoiuris.pl/
  • IPN
  • SJP Doroszewskiego
  • LIRYKA, LIRYKA… Słowa i muzyka LIRYKA, LIRYKA...
    Słowa i muzyka
  • STOP ABORCJI
  • Szczególna misja europosła Ks. prof. Czesław S. Bartnik Szczególna misja europosła
  • Nie Szkodzić
  • Rodzinny Konstantynów Łódzki
  • Wydawnictwo Bernard Cichosz
  • http://patriotyczna.lodz.pl/
  • Rodzina ma Gďż˝os
  • LO oferta
  • LO oferta
  • LO oferta
  • http://patriotyczna.listastron.pl/
  • http://www.oneofus.eu/pl/
  • JEDYNKI gazet
  • Get Adobe Flash player
  • Mała Ojczyzna
  • PKS
  • KMST
  • PORT LOTNICZY ŁÓDŹ
  • LIVETIMING
  • Gazeta Polska Codziennie
Wiadomości
2021-10-12
„Zapiski wojenne” Józefa Piekarskiego w opracowaniu prof. Rałała Leszczyńskiego

„Zapiski wojenne” Józefa Piekarskiego
w opracowaniu prof. Rałała Leszczyńskiego

Cykl artykułów z okazji 20 lat współpracy prof. Rafała Leszczyńskiego z mediami w Konstantynowie Łódzkim (13)

   Prof. Rafał Leszczyński bezinteresownie opracował i przygotował do druku wiele materiałów, które sukcesywnie publikujemy na naszych szpaltach. Poniżej ZAPISKI WOJENNE konstantynowianina Józefa Piekarskiego (1.11.1914-28.07.2004) utrwalające jego własne przeżycia z okresu II wojny światowej.

ZAPISKI WOJENNE z lat 1939-1945
  
Wybuch wojny zastał mnie w Rudzie Pabianickiej [*1], gdzie pracowałem w urzędzie pocztowym jako listonosz. Stałym miejscem mojego zamieszkania był
Konstantynów, gdzie mieszkałem z rodzicami i rodzeństwem. Urząd, w którym pracowałem, zatrudniał 12 pracowników. Pamiętny dzień – 1 wrzesień 1939 r. przypadł w piątek. Wstałem rano, nie zdając sobie sprawy, że to początek naszej narodowej tragedii. Nagle słyszę warkot samolotów i odgłosy naszych dział przeciwlotniczych. Samolotów nie było widać, bo dość gęsta mgła widok przesłaniała. Samoloty przeleciały i nastała chwilowa cisza. W tym czasie z radia dał się słyszeć głos orędzia pana prezydenta Rzeczypospolitej do narodu, że Trzecia Rzesza pod wodzą Adolfa Hitlera wkroczyła w granice naszego państwa. W ciągu dnia alarmy powtarzały się kilka razy.
   W urzędzie ruch był bardzo duży. Ludzie zaczęli pobierać swoje oszczędności z książeczek PKO. Przekazywane były różne zarządzenia telefoniczne, napływały karty mobilizacyjne, które musiały być natychmiast doręczane. W urzędzie zaprowadzono nocne dyżury. Taka napięta sytuacja trwała do szóstego września.
   Wiadomości napływające z frontu nie były pocieszające, a gromady ludzi uciekających przed działaniami wojennymi budziły grozę i zachęcały do ucieczki przed następstwami spotkania z wojskami najeźdźcy. W nocy z 5 na 6 września, po załamaniu się naszej obrony na Warcie pod Sieradzem, ruszyły niezliczone tłumy uciekinierów w kierunku Łodzi. Ludzie uciekali wozami konnymi, samochodami, chociaż była ich mała ilość, rowerami i w większości pieszo. Władze państwowe i samorządowe opuściły miasto i swoje stanowiska, uciekając w stronę stolicy. Pracownicy naszego urzędu zjawili się również na stanowiskach. Załadowaliśmy wszystkie dokumenty na przysłany z głównej poczty z ul. Przejazd w Łodzi konny ambulans z woźnicą i ruszyliśmy z całym zespołem pracowników w stronę Łodzi. Zatrzymaliśmy się na Poczcie Głównej.
Tam wypłacono nam pensje: pracownicy kontraktowi otrzymali za 2,5 miesiąca, a etatowi za 3 miesiące.
   Po otrzymaniu poborów wyjechaliśmy z miasta. Otrzymaliśmy polecenie jazdy do Warszawy, a dalej na Lublin. W dzień wędrówka była bardzo niebezpieczna, bo częste naloty robiły duże spustoszenie pośród wędrowców. Toteż wędrówki odbywały się przeważnie nocą. My też zrezygnowaliśmy z podróży w ciągu dnia. Zboczyliśmy z głównej drogi i zatrzymaliśmy się w Nowosolnej; tam byliśmy do nastania zmroku. Nowosolna była zamieszkana przez mniejszość niemiecką, a część tej mniejszości uprawiała działalność dywersyjną, więc z obawą poruszał się człowiek w tamtych stronach[*2].
   W tym czasie, kiedy my odpoczywaliśmy w Nowosolnej, kilka kilometrów dalej na szosie prowadzącej do Brzezin lotnictwo hitlerowskie dokonało nalotu, bombardując i ostrzeliwując ludność uciekającą w stronę stolicy. O zmierzchu ruszyliśmy w dalszą podróż. Droga była zatłoczona ludźmi i pojazdami. Maszerowało wojsko, wędrowali piesi, a oprócz tego różnego rodzaju pojazdy. Dookoła widoczne były łuny pożarów po dziennych nalotach na wsie i miasta. W takim ścisku i natłoku dotarliśmy do miejscowości Domaniewice za Głownem. Zrobiło się widno i uczyniliśmy przerwę w podróży. W Domaniewicach przeżyliśmy nalot lotniczy; sześć samolotów nieprzyjacielskich obniżyło swój lot i ostrzelało tę miejscowość z pokładowej broni maszynowej. Ja z kolegą z pracy, Heńkiem, leżeliśmy pod płotem przy zagrodzie, a w małej odległości od nas, jak groch padały kulki karabinowe.
   Dzięki Bogu, udało się nam szczęśliwie ten nalot przeżyć. Nalot się skończył, samoloty odleciały, a tu nowa niespodzianka: wojska nie widać, a grają karabiny maszynowe. Przy drodze we wsi stała stodoła, w niej nasi żołnierze zostawili wóz z amunicją. W czasie nalotu bomba trafiła w stodołę, wywołując pożar. Od ognia zaczęła wybuchać amunicja.
   O zmierzchu wyruszyliśmy w dalszą podróż […] i rano dotarliśmy do miejscowości Wiskitki, kilka kilometrów od Żyrardowa. Tam widzieliśmy pierwszy raz jeńców niemieckich. Był to już ósmy wrzesień. Ponieważ już trudno było przebić się do Warszawy, zostaliśmy w tej miejscowości do poniedziałku. W gospodarstwie, gdzie się zatrzymaliśmy, zakopaliśmy dokumenty pocztowe, które przewoziliśmy i ruszyliśmy w powrotną drogę. Z całej grupy, która wyruszyła z Rudy Pabianickiej, zostałem ja z kolegą i woźnica. Reszta w drodze gdzieś się rozproszyła. W powrotną drogę udaliśmy się w kierunku Łowicza.
   Dojeżdżając do Łowicza, natrafiliśmy na posterunek niemieckiej żandarmerii wojskowej z działem przeciwpancernym. Nastąpiła rewizja osobista i wozu, pytanie, czy mamy broń. Kolega miał rewolwer, bo jako listonosz[owi] wiejski[emu] przysługiwała mu broń służbowa. Druga trudność przy kontroli wynikała z tego, że kolega jako wiejski listonosz był w mundurze pocztowym, który kolorem nie różnił się od munduru wojskowego, uważali go więc za żołnierza. Dzięki temu, że nasz woźnica władał dobrze językiem niemieckim, cała rewizja zakończyła się dla nas pomyślnie. Broni nie znaleźli, bo kolega schował w podwójnych drzwiach. Po rewizji kazali nam szybko udać się do najbliższego domu i ukryć się, bo zbliża się bitwa. W domu, w którym się schroniliśmy, były już rodziny z Kalisza. Wozy i konie zostały w ogrodzie przy domu, a ludzie schronili się w mieszkaniu na parterze, oczekując na dalsze wydarzenia. Niemcy zdobyli Łowicz w piątek 8 września, a w poniedziałek nasze wojsko zaatakowało i po nocnej bitwie wojska hitlerowskie zostały z miasta wyparte.
   Podczas tej bitwy leżeliśmy na podłodze, czekając rezultatów prowadzonej walki. Przez całą noc grzmiały armaty, pociski artyleryjskie przelatywały nad budynkiem, w którym się znajdowaliśmy, a karabiny maszynowe grały, aż się robiło widno pomimo ciemnej nocy. Różne było zachowanie się ludzi, którzy znajdowali się w budynku: jedni wzdychali, lamentowali, denerwowali się, a innym modlitwa pomagała przeżyć te pełne grozy chwile.
   Rano strzały umilkły. Jeden z naszego grona wyszedł przed budynek na ulicę i zauważył nasze wojsko, bo wojska hitlerowskie zostały z miasta wyparte. Wtedy wyszliśmy z kolegą do miasta. Łowicz ożył po trzech dniach okupacji. Na rynku widzieliśmy jeńców niemieckich, którzy w nocnej bitwie dostali się do niewoli. Miejscowy piekarz wypiekł dużo chleba, można więc było zaopatrzyć się w konieczną żywność na dalszą tułaczkę. Długo w Łowiczu nie przebywaliśmy, bo zdawaliśmy sobie sprawę, że Niemcy przystąpią do kontrataku i tak też się stało. Wyjeżdżając z Łowicza, szukaliśmy tych miejsc, których wroga armia jeszcze nie zajęła. Dotarliśmy w okolice Kutna. W tym czasie spotkaliśmy oddziały obrony narodowej z Poznańskiego. Prowadził je oficer, który mnie rozpoznał, bo widziałem się z nim na kursie Kat[olickiego] Zw[iązku] Młodzieży Męskiej w maju tego roku w Gnieźnie. On mnie rozpoznał, zatrzymał i porozmawialiśmy o sytuacji. On właśnie prowadził swoją jednostkę na front nad Bzurą.
   W dniu 16 września (sobota), będąc w jakieś wiosce, zauważyliśmy na szosie między Łęczycą a Kutnem zmotoryzowaną kolumnę wojska nieprzyjacielskiego. Za kilka minut już patrole tego wojska znalazły się w tej wiosce i po pytaniach, kim jesteśmy i co tutaj robimy, kazali nam się udać w strony, skąd jesteśmy, bo tamte strony są już zajęte i tam panuje spokój. Nie było innej rady, jak udać się we wskazanym kierunku, albowiem wojska okupacyjne zajęły już całą okolicę, w której się poruszaliśmy.
   Dochodząc do Łęczycy, zostaliśmy przez Niemców zatrzymani i przymuszeni do pracy przy uszkodzonym moście kolejowym przy noszeniu podkładów pod szyny kolejowe. Po wykonaniu poleconej pracy udało się nam w mieście kupić bochenek świeżego chleba i udaliśmy się w kierunku Ozorkowa […] Dochodzących do miasta zatrzymał nas posterunek wojskowy. Już była tam spora grupa podobnych wędrowców. Wkrótce przyszła zorganizowana z miejscowych Niemców tzw. Hilfspolizei, coś w rodzaju policji obywatelskiej, z czerwonymi opaskami i znakiem hitlerowskim na ramieniu i karabinami; zaprowadzili nas do sali parafialnej. Była już zapełniona takimi nieszczęśliwcami jak ja. Przy kontroli osobistej odebrali nam wszystkie ostre narzędzia: brzytwy, żyletki, nożyczki, a nawet mały scyzoryk mi zabrali. Następnie dali nam do zjedzenia trochę chleba posmarowanego smalcem. Do popicia była herbata, a komu zabrakło herbaty, musiał zadowolić się zimną wodą. Na podłodze ułożono słomę, to było miejsce przeznaczone do dla nas do przespania zbliżającej się nocy[...] Około godz. 8 rano zarządzono zbiórkę, ustawiono w szeregi i pod eskortą uzbrojonych żołnierzy pieszych i na motorach przeprowadzono nas do Zgierza i umieszczono w kościele pod wezwaniem św. Katarzyny[…] Tam nas trzymano pod strażą do wieczora. Wieczorem zajechały przed kościół tramwaje, drzwi kościoła otworzono, my wyszliśmy i przez szpaler uzbrojonych żołnierzy weszliśmy do wagonów tramwajowych. Następnie tramwajami dojechaliśmy przez Łódź do Pabianic.
   Tam umieszczono nas w hali fabrycznej, w której produkowano sztuczną wełnę z mleka[…] Rano usłyszeliśmy warkot silników samochodowych na dziedzińcu fabryki. Zarządzono zbiórkę, zaopatrzono w prowiant: 1 wojskowy chleb zzieleniały ze starości przydzielono na 5 osób, do tego każdy otrzymał plasterek wędliny i małą kostkę masła. Wsiedliśmy do przygotowanych samochodów wojskowych i wyjechaliśmy w kierunku Sieradza. Jazda w odkrytych samochodach przy deszczowym i chłodnym dniu i w niewiadomym celu tworzyła atmosferę smutku i przygnębienia. W Sieradzu umieszczono nas w więzieniu; w jednej celi zgromadzono po 13 osób[…] Po półtorej godzinie zaprowadzono nas na dworzec kolejowy w Sieradzu, załadowano do wagon ów towarowych i pod eskortą wojskową nastąpiła podróż do obozów do Niemiec.
   Podróż przez kilkanaście godzin stłoczonej masy ludzkiej w zamkniętych wagonach towarowych była wielkim koszmarem. Wyjechaliśmy z Sieradza około godz. 15., a następnego dnia o tym czasie zajechaliśmy do miejscowości Lamsdorf, obecnie Łambinowice. Tam widzieliśmy naszych jeńców wojennych, którzy byli w budynkach murowanych. My natomiast zostaliśmy umieszczeni w dużych namiotach na 200 osób. Tam otrzymaliśmy smaczną wojskową grochówkę […] Po przespanej nocy i po posiłku z zupy i kromki chleba ruszyliśmy w dalszą podróż […] również pociągiem towarowym. Po kilku godzinach byliśmy u celu podróży, a tym celem był obóz dla uciekinierów, bo tak nas Niemcy nazywali, a znajdował się w miejscowości Amtitz – obecnie Gębice – 11 km na wschód od Gubina. Był to obóz ogromny. Na polach, gdzie niedawno zebrano plony, zgromadzono kilkadziesiąt 200-osobowych namiotów. Przy nas były wykonywane prace wykończeniowe. Żydzi byli umieszczeni razem z Polakami. W naszym namiocie na 200 osób było 60 Żydów. Jeden z nich był naszym tłumaczem i pochodził z Łodzi. Ukraińcy zostali umieszczeni w oddzielnych namiotach. W każdym namiocie było 10 stołów, a przy każdym stole umocowane były dwie ławki. Przy każdym stole były miejsca na 20 osób.
   Pożywienie składało się: rano kawa czarna, w południe litr zupy, zaś wieczorem była również kawa czarna i porcja chleba wojskowego, która musiała wystarczyć na kolację i śniadanie. Początkowo taki chleb wojskowy był dzielony na 3 osoby, a po kilku dniach podobno przeszliśmy na cywilne racje żywnościowe, więc taki bocheneczek chleba był dzielony na 4 osoby. Podobno przedtem mieliśmy taki przydział chleba, jaki przysługiwał jeńcom wojennym. Było nieraz: plasterek margaryny, wędliny albo jakiejś marmelady.
   W obozie obowiązywał rygor wojskowy. Codziennie rano zbiórka, raport i przegląd. Często odwiedzali nas różni oficerowie niemieccy, chętni zobaczyć, jak Polacy wyglądają, a szczególnie interesowali się ludnością żydowską. Lubili ich oglądać, zwłaszcza gdy byli trochę ułomni. Nawet zdjęcia im sobie robili.
   Taki stan trwał do końca września […] Kiedyś, a było to 28 września, jeden z oficerów, którzy zwiedzali nasz obóz, oznajmił, że Warszawa się poddała i Polacy skapitulowali, a my pewno zostaniemy zwolnieni do domu. Tak też się stało. Z naszego obozu 30 września wywieźli Ukraińców i Żydów. W którym kierunku ich wywieziono – nie wiedzieliśmy. Nasze namioty opróżniono 1 października. W godzinach rannych pociągiem osobowym wyjechaliśmy z obozu w kierunku Polski. Jechaliśmy cały dzień i około północy dotarliśmy do Kalisza. Wysiedliśmy na dworcu i pieszo poszliśmy do Szczypiorna. Tam zostaliśmy ulokowani w magazynach wojskowych i przebywaliśmy do środy […]
   Czwartego października wydali nam zaświadczenia, że jesteśmy zwolnieni z obozów dla uciekinierów do miejsca zamieszkania […] Wprawdzie mieliśmy w zaświadczeniu napisane, że możemy skorzystać z przejazdu koleją, ale gdy człowiek wyrwał się na wolność, starał się być najdalej od okupantów z karabinami. Pierwszego dnia dotarliśmy do wioski za Błaszkami. W niej przenocowaliśmy i następnego dnia ruszyliśmy w dalszą drogę […] To, co obrzydzało nam podróż, to wracające na czołgach wojsko niemieckie, które z ironią śledziło naszą wędrówkę. Wreszcie dotarłem do Sieradza. Dowiedziałem się, że na stacji stoi pociąg do Łodzi. Wsiadłem do niego i w krótkim czasie znalazłem się w Łodzi, a następnie tramwajem dostałem się do rodzinnego Konstantynowa.
   Miasto udekorowane czerwonymi flagami ze swastyką hitlerowską wywarło na mnie przygnębiające wrażenie, a gdy jeszcze ujrzałem znajomych kolegów z opaską na ręce i z karabinem, nie wiedziałem, co na ten widok powiedzieć. W rozmowie z rodzicami dowiedziałem się o wyczynach okupanta w mieście i o dużym udziale w tych wyczynach miejscowej mniejszości niemieckiej, która gremialnie wykazywała swoją przynależność do narodu niemieckiego, podpisując volkslistę. Dowiedziałem się, że w tydzień po wkroczeniu okupanta, tj. 15 września 1939 r. nad rzeczką Łódką przy ul. Łaskiej rozstrzelano trzech Polaków: lekarza Leona Kwiecińskiego – prezesa Polskiego Związku Zachodniego, Leona Delickiego i Zygmunta Dobrosa – członków miejscowego T.G. Sokół. Gdy jeszcze mówiono mi o częstych aresztowaniach, biciu i znęcaniu się nad Polakami powracającymi z wojennej wędrówki, wszystko to powiększało obraz grozy czekający nas, Polaków. Wspomniane wyczyny miały miejsce w lokalu organizacji SS, mieszczącej się przy pl. Kościuszki 10. Godne zapamiętania jest to, że komendantem tej jednostki był miejscowy Niemiec Oswald Szulc, który razem z wojskiem niemieckim uciekł w styczniu 1945 r. Było jeszcze więcej takich, którzy po sobie zostawili jak najgorsze wspomnienia. Byli jednak i tacy Niemcy, którzy przychodzili z pomocą we wszystkich trudnościach, a o takich są miłe wspomnienia.
   Po oswojeniu się z zaistniałą sytuacją należało zająć się jakąś pracą, aby jak najmniej pokazywać się wrogowi. Zacząłem pracować w cegielni mechanicznej w Srebrnej. Nie miałem kłopotów z otrzymaniem tej pracy, ponieważ przed wojną, gdy nie miałem [innej] pracy, tam pracowałem. Cegielnia należała do Niemca Leopolda Häuslera, a majstrem był Polak Mieczysław Kaczmarek. Moja praca w cegielni trwała do 24 listopada 1939 r. Właściciel cegielni L. Häusler został po wkroczeniu armii hitlerowskiej wójtem gminy Brus, zamiast Polaka Antoniego Fisiaka i zaproponował mi stanowisko jednego z dwóch woźnych na miejsce Eugeniusza Góreckiego, który został powołany do wojska. Z wojny nie wrócił, bo dostał się do niewoli.
   Praca moja w okresie jesienno-zimowym: palenie w piecach, utrzymanie porządku w pokojach i roznoszenie różnych pism mieszkańcom mojego terenu. Cały teren podzielony był na rejon południowy i rejon północny. Mnie przypadł do obsłużenia rejon północny, w którego skład wchodziły: Brus Górny, Brus Dolny, Srebrna, Dąbrowa, Jagodnica, Stare Złotno, Nowe Złotno i Cyganka. Był to duży teren do obsłużenia, zwłaszcza w okresie zimowym, a była wtedy sroga zima; duże mrozy i obfite opady śniegu utrudniały podróż w terenie. Wprawdzie nie każdego dnia były do załatwienia sprawy w całym rejonie, ale podróż była uciążliwa. Praca była, jak dla Polaka, względna. W tym czasie, kiedy było trudno zdobyć artykuły spożywcze, to mając kontakt urzędowy z właścicielami różnych sklepów, można było niejeden artykuł spożywczy, trudny do zdobycia dla Polaków, nabyć. A w tym czasie zakupienie artykułów spożywczych miało duże znaczenie.
   W Urzędzie Gminnym poza wójtem Niemcem przyjęto jeszcze dwie osoby niemieckie, a pozostali pracownicy byli Polakami. Pracując w Gminie, otrzymałem przepustkę na poruszanie się w godzinach, w których nie wolno było się poruszać poza domem, tj. od godz. 21 do 5. Jednak spokojna praca w Urzędzie Gminnym po kilku miesiącach dobiegła końca. Z dnem 31 marca 1940 r. gmina Brus uległa likwidacji. Część mieszkańców gminy przydzielono do miasta Łodzi, a pozostałą część do gminy Rąbień. Podobno plan likwidacji gminy był już w okresie międzywojennym, ale dokonali tego okupanci. Z pracowników zatrudnionych w Urzędzie Gminnym Brus tylko cztery osoby zostały przeniesione do pracy w Urzędzie Miasta Łodzi, w tym jedna Niemka i trzech Polaków. Reszta została zwolniona, tj. czterech Polaków [...] Ponieważ tam pracował również znajomy Niemiec z naszego miasta, a nawet piastował kierownicze stanowisko, to dawało mi możność interwencji w sprawach trudnych do załatwienia dla polskich interesantów. Najczęściej moja interwencja była skuteczna.
   Jednak i na tym miejscu nie danym mi było dłużej pracować. Po dwóch miesiącach, z dniem 31 maja 1940 r. zostałem zwolniony. Powód zwolnienia był jeden – byłem Polakiem. Gdzie mieli potrzebną ilość swoich ludzi, wtedy Polaków zwalniano.
   Po kilku tygodniach po zwolnieniu ponownie zgłosiłem się do pracy w cegielni w Srebrnej. Wprawdzie cegielnia nie była jeszcze uruchomiona, ale prowadzone były prace przygotowawcze[…], ponieważ końca wojny nie było widać, a wojska hitlerowskie zdobywały kraje europejskie jeden po drugim, właściciel cegielni doszedł do wniosku, że nie ma warunków do uruchomienia produkcji. Z dniem 28 września 1940 r. zostaliśmy z pracy zwolnieni. Po zwolnieniu powinienem zgłosić się p[o pracę do Urzędu Zatrudnienia – Arbeitsamtu w Łodzi. Moi towarzysze pracy udali się do Urzędu i otrzymali pracę w Łodzi, ale byli to ludzie starsi, a takim łatwiej było otrzymać pracę na miejscu. Natomiast młodych ludzi chętniej kierowali do pracy w Rzeszy. Bałem się wyjazdu, bo z mojej rodziny już tam przebywali ojciec, siostra i brat […] Korzystając z różnych znajomości, starałem się na miejscu korzystać z dorywczej pracy, aby zapewnić jakieś warunki do życia, chociaż ojciec też mamie przysyłał trochę pieniędzy, także jakoś się żyło[…]
   W czerwcu 1941 r. trafiła się okazja pracy w Konstantynowie. Żona kuzyna pracowała w tkalni miejscowego Niemca H. Rahna. Na prośbę mojej mamy wstawiła się za mną u tego przedsiębiorcy, aby mnie zatrudnił, na co on wyraził zgodę. Z pracy byłem zadowolony, bo miałem nadzieję, że mnie zarejestruje i będę mógł bezpieczniej poruszać się po mieście[…] Po dwóch tygodniach pracy, a już rozpoczęła się wojna ze Związkiem Radzieckim, rozmawiając z moim pracodawcą, prosiłem, aby mnie zarejestrował [..] Po rozmowie pracodawca wyraził zgodę i następnego dnia pojechał do Arbeitsamtu, aby mnie zarejestrować. Ponieważ po zwolnieniu z pracy nie zgłosiłem się do rejestracji, a od czasu zwolnienia minęło kilka miesięcy, nie chcieli mnie zarejestrować, tylko [żądali], żebym zgłosił się osobiście […] Pracodawca zgodził się ze mną pojechać.
   W Urzędzie Zatrudnienia mój szef nie miał nic do powiedzenia. Na pytanie, dlaczego nie zgłosiłem się po zwolnieniu z ostatniego miejsca pracy, moja odpowiedź nie zadowalała załatwiającego mnie urzędnika. Naciśnięciem przycisku przywołał strażnika, który zaprowadził mnie do piwnicy, gdzie było już dużo takich, którzy byli skazani na wyjazd na przymusowe roboty do Rzeszy. W piwnicy siedzieliśmy do godz. 16, to jest do końca pracy urzędników. Po tej godzinie, ustawieni w czwórki, pod eskortą strażników z karabinami, przeprowadzono nas do obozu przy ul. Łąkowej, gdzie mieściła się kartoteka wywożonych Polaków. Po załatwieniu potrzebnych formalności przeprowadzono nas do następnego obozu przy ul. Kopernika 55 (był to obóz po
dawnej ślusarni mech.) i tam czekaliśmy na wyjazd na przymusowe roboty. To wszystko działo się dnia 3 lipca 1941 r. i od tego dnia znajdowałem się pod ścisłym dozorem okupantów.
   W tym czasie, kiedy prowadzili nas z Urzędu Zatrudnienia na ul. Kopernika, widział mnie znajomy z naszego miasta i po przybyciu do Konstantynowa powiadomił moją mamę. Następnego dnia zjawiła się mama z p. Góranowską i te odwiedziny odbywały się przez wszystkie dni aż do wyjazdu do Rzeszy, który nastąpił w poniedziałek, 7 lipca 1941 r.
   Będąc w obozie w Łodzi, przeżyłem niespodziankę. W sobotę, 5 lipca w godzinach rannych drzwi obozu się otworzyły, bo do obozu przywieźli około 200 osób z naszego miasta. Przez całą noc z piątku na sobotę zabierali z domów Polaków, którzy nie mogli okazać się kartą rejestracyjną z Urzędu Zatrudnienia. Wśród przywiezionych byli mężczyźni i kobiety, młodzież i starsi. Spotkałem mnóstwo znajomych, którzy opowiadali, jak odbywało się zabieranie ludzi z mieszkań.
   Ponieważ obóz się zaludnił, zaczęto przygotowywać transporty do wyjazdu. W sobotę po południu część ludzi wywieziono do łaźni przy ul. Szkolnej. Ci, którzy w tym dniu byli w łaźni, mieli wyznaczony wyjazd w poniedziałek. W niedzielę zebrało się wiele osób, które [bodaj] przez otwory w parkanie chciały porozmawiać ze swoimi najbliższymi i obdarować ich skromną paczuszką na drogę. U mnie też była mama i ciocia Góranowska i zaopatrzyły mnie na dłuższą podróż w paczkę żywnościową. W poniedziałek 7 lipca o godzinie 7. rano grupa około 50 osób pod nadzorem pracownika Urzędu Zatrudnienia wyjechała z Łodzi, które to miasto miało już zmienioną nazwę na Litzmannstadt, a ta zmiana nastąpiła 20 kwietnia 1940 r. Jechaliśmy normalnym pociągiem osobowym w kierunku Poznania. Cztery osoby wyskoczyły z naszego transportu na drodze Pabianice – Łask, a jedna przed Sieradzem. Nikt ich nie gonił, być może ucieczka im się udała.
   Pierwsza przerwa w podróży nastąpiła w Ostrowie Wielkopolskim. Następny pociąg miał odjechać w stronę Poznania wieczorem […] Czekając na pociąg na dworcu, byliśmy świadkami przyjazdu następnego transportu z łódzkiego obozu do pracy do Austrii. W pociągu tym jechało dużo osób z Konstantynowa. Od nich dowiedziałem się, że po moim wyjeździe wyczytywano mnie do zwolnienia. Wiem, że były czynione starania o zwolnienie z obozu i uratowanie przed wywiezieniem, ale starania były spóźnione. W niedługim czasie nadjechał nasz pociąg i około północy znaleźliśmy się w Poznaniu. Okazało się, że następny pociąg będzie dopiero w godzinach rannych. Mając sporo czasu do dyspozycji, chciałem go we właściwy sposób wykorzystać. W Poznaniu pracowało trzech kolegów z Konstantynowa: Kazimierz Rzetelski, Edward Szymczak i Tadeusz Jegier […] Zatrudnieni byli w niemieckiej firmie budowlanej Holzman, która prowadziła roboty remontowe Zamku Królewskiego w Poznaniu […] Przyjęli mnie ze zdziwieniem, co o tej porze tutaj robię, dowiadywali się o znajomych. Zjadłem razem z nimi pożegnalne śniadanie i oni szli do pracy, a ja na dworzec kolejowy […] Spotkaliśmy się dopiero po wojnie i to nie wszyscy. Z Poznania wyjechaliśmy około godz. 9. W godzinach wieczornych dotarliśmy do Berlina.
Tam zostaliśmy zakwaterowani w Arbeitsamcie. Otrzymaliśmy posiłek złożony z chleba ze smalcem i szklanki mlecznej kawy[*3]. Około dwóch godzin się przespaliśmy i o godz. pierwszej w nocy mieliśmy udać się na Dworzec Śląski. Wyszliśmy z budynku Arbeitsamtu, wsiedliśmy do tramwaju nocnego i mieliśmy dojechać do dworca. Gdy konduktor zwrócił się o zapłatę za przejazd, nie było chętnego do uregulowania należności. Nasz opiekun powiedział, że nie otrzymał pieniędzy na ten cel, a my również ich nie posiadaliśmy. W takiej sytuacji zmuszeni byliśmy wysiąść z wagonu i dalszą podróż kontynuować pieszo. Dla nas nie stanowiło to specjalnej udręki, bo nikt nas do szybkości nie przynaglał, o czym najlepiej świadczy to, że nasza wędrówka przez miasto rozciągnęła się na długość około 2 km. Była to dla nas okazja zobaczenia miasta stołecznego, które w tym czasie miało małe ślady działań wojennych. Widzieliśmy kilka budynków przy ul. Unten den Linden, prowadzącej do Bramy Brandenburskiej, które były w remoncie po ostatnim bombardowaniu przeprowadzonym przez samolotu angielskie.
   Po dwugodzinnej, pełnej wrażeń podróży dotarliśmy do dworca. Na dworzec wjechaliśmy ruchomymi schodami i było dla nas również atrakcją. Na dworcu w Berlinie ruch duży. Tajnych służb masa. Na każdym kroku człowieka kontrolowali i pytali, co się tu robi. Spotkaliśmy się również z mową polską w gwarze śląskiej. Znalazła się też jakaś starsza pani, która, gdy dowiedziała się, że jedziemy do pracy, dawała każdemu po 5 marek, a gdy już wydała dużo, pozostali otrzymali 5 marek na dwie osoby.
   Po kilku godzinach jazdy […] znaleźliśmy się u celu podróży, w Golpie – kopalni węgla brunatnego. Była to środa, 9 lipca 1941 r. Gdy weszliśmy na teren baraków, powitali nas Polacy, którzy znajdowali się na terenie. Konstantynowiacy zostali umieszczeni w jednej izbie. Otrzymaliśmy koce, ręcznik, a także miskę i przybory do jedzenia […] Wieczorem, po pierwszych wrażeniach odśpiewaliśmy „Wszystkie nasze dzienne sprawy”, co wprawiło w podziw tych, którzy nas słuchali, bo nikt tego nie praktykował. […] Następnego dnia odbyło się oficjalne przyjęcie nas do grona pracowników. Przed południem mieliśmy komisję lekarską […] Po południu odbyło się spotkanie naszej grupy z władzami dyrekcji, lagru oraz z władzami administracyjno-porządkowymi, bo wśród władzy był również oficer policji w mundurze. Tłumacz nas przywitał, mówiąc, że przyjechaliśmy ochotniczo do pracy, aby pracować dla Wielkiej Rzeszy, za co otrzymamy wynagrodzenie. Na słowa, że przyjechaliśmy ochotniczo, odezwały się szmery: jak można mówić o ochotniczym zaciągu, skoro zostaliśmy zabrani z domów lub zwerbowani w łapankach ulicznych, ale te szmery zostały zażegnane słowami: cisza, nie dyskutować!
   […] Zostałem przydzielony do pracy przy naprawie torów […] Tory leżały na miękkim podłożu, a pod ciężarem pociągów naładowanych węglem brunatnym lub ziemią albo piaskiem, w zależności, co w danej chwili się wydobywało, często się zapadały i należało je prostować i utwierdzać. Ziemia lub piasek występowały przy wykonywaniu odkrywki, aby dostać się do pokładów węglowych […] Do pracy i z powrotem jeździliśmy specjalnym pociągiem roboczym. Przy tej pracy byłem zatrudniony około 4 miesięcy […] Następnie zostałem przeniesiony do pracy przy obsłudze koparki zwanej ‘bagrem’. Obsługa koparki na trzy zmiany składała się z 15 Niemców i 12 Polaków.
   […] Praca przy obsłudze koparki była ciekawsza od poprzedniej i może mniej uciążliwa […] Stosunek Niemców, którzy razem z nami pracowali, był na ogół poprawny. Byli tacy, którzy potrafili podać kromkę chleba, bo widzieli, że do syta tego nie mamy. Byli tacy, którzy wrogo nastawiali się do nas, zwłaszcza z nadzoru. Gdy pracowaliśmy na zmianie rannej, mieliśmy możność spotkać najwyższe władze przedsiębiorstwa; kłaniali się, przechodząc koło naszych stanowisk pracy, nie wykazując żadnej wrogości wobec nas. Pracownicy niemieccy w rozmowie z nami mówili: oni teraz okazują wam tyle uprzejmości, ale na naszych odprawach dają nam wskazówki, jak mamy z wami postępować.
   Mówiąc o stosunku Niemców do Polaków, należy wspomnieć, że ta kraina niemiecka – Saksonia – miała rozbudowane partie lewicowe, skomunizowane, czego dowodem było to, że po dojściu Hitlera do władzy, spory procent znalazł się w więzieniach. Sami o tym wspominali, a dowodem było to, że nie należeli do organizacji hitlerowskich. Mimo że duża część Niemców nie była hitlerowcami, to buta niemiecka w nich była. Wracając kiedyś z pracy z Niemcem, lamentowałem nad swoim losem, wyrażając życzenia, aby wojna skończyła się jak najprędzej. Wtedy on mi odpowiedział: Józef, czy ty sądzisz, że gdy Niemcy wygrają wojnę, to ty wrócisz do Polski? A kto zostanie tutaj do pracy? Zostaniesz tutaj, będziesz mógł założyć rodzinę, tutaj żyć i pracować. To powiedział mi Niemiec, który nie był hitlerowcem, a nawet siedział za komunizm w więzieniu, gdy Hitler doszedł do władzy. Taka była mentalność niemiecka.
   […] W 1943 r. coraz częściej przez nasze okolice przelatywały samoloty nieprzyjacielskie na bombardowanie Berlina i innych sąsiednich miast. Nasze okolice, mimo że znajdowały się ważne zakłady energetyczne, były wolne od nalotów, przynajmniej w tym czasie, dokąd ja tam byłem do połowy lutego 1944 r. Przelatywały nad naszą okolicą, były zarządzane alarmy przeciwlotnicze, koparki przestawały pracować, zamierał ruch na kopalni. My byliśmy zadowoleni z przerwy w pracy. Obserwowaliśmy zachowanie Niemców w czasie nalotów. Myśleli, czy zastaną rodzinę żywą i całą, gdy bombardowane były niezbyt odległe miejscowości.
   Naloty odbywały się o różnej porze dnia i nocy. Gorzej było dla nas, gdy nalot zastał nas w baraku. Wtedy musieliśmy udawać się do schronów, noc była przerwana, a rano musiał człowiek wstać – jeżeli pracował na rannej zmianie – i udać się do pracy. Bywało i tak, że nalot zastał nas w drodze do pracy. Wtedy też szliśmy do schronów, bo były takie i przy drogach, którymi przechodziliśmy […] Dało się zauważyć, że niepowodzenia na frontach wojennych powodowały zmianę stosunku do Polaków, oczywiście na lepsze […] dyscyplina w stosunku do Polaków stawała się łagodniejsza. Początkowo nie wolno było wychodzić samemu poza teren baraków. Po pewnym czasie przeniesieni zostaliśmy do baraków w innej miejscowości, bo ta już została przeznaczona do prac odkrywkowych. Poprzednio mieszkaliśmy w barakach w Golpie, a przeniesieni zostaliśmy do Gräfenheinichen[*4], a tym samym podlegaliśmy innym władzom administracyjnym pod względem zamieszkania. Tutaj już mogliśmy sami wychodzić do miasta, a nawet iść do baru i zagrać w bilard […]
   W styczniu 1944 r. zmarł teść mojego kuzyna. Jego wiek był odpowiedni, aby mógł uchodzić za mojego dziadka […] Po otrzymaniu aktu zgonu […] napisałem podanie, prosząc o urlop […] Każdego dnia, gdy przychodzili zmiennicy, pytałem, czy nie mają dla mnie pomyślnej wiadomości. Tak było do piątku. Tego dnia kolega Władek przyniósł dobrą wiadomość. Tłumacz Staszek powiedział o przyznaniu mi urlopu …] Z pracy do baraków biegłem jak na skrzydłach. Taka wiadomość napełniała człowieka nową energią, a nadzieja szybkiego spotkania najbliższych napawała radością […] Dwóch kolegów odprowadziło mnie na dworzec kolejowy w Gräfenheinichen, gdzie wykupiłem bilet, wsiadłem do pociągu i ruszyłem w kierunku miasta Bitterfeld, gdzie miałem pierwszą przesiadkę […]
   Z Bitterfeldu miałem pociąg do Drezna. Był to pociąg pospieszny. Wprawdzie Polakom nie wolno było jeździć takimi pociągami, ale w Gräfenheinichen kasjerka zapytała mnie, czy życzę sobie bilet na pociąg pospieszny i taki bilet mi sprzedała. Wsiadłem do [pociągu] stojącego na stacji w Bitterfeld i w przedziale jechałem sam. Aby nie mieć kłopotów w podróży, odpiąłem w pociągu literkę P i śmiało jechałem […] Kontrola kolejowa sprawdziła bilet i szczęśliwie dojechałem do Drezna. Była to już pora nocna i następna przesiadka. Na dworcu w Dreźnie z obawą oczekiwałem na nadejście następnego pociągu. Obawa wynikała z dwóch powodów: aby nie nastąpił nalot lotniczy, bowiem w tym czasie były one częste, zwłaszcza w godzinach nocnych; drugi powód wynikał z możliwości kontroli na dworcu, która by mogła mieć dla mnie złe następstwa, gdyby się wydało, że jako Polak poruszam się po Rzeszy bez literki P. W tym celu często poruszałem się między peronami a budynkiem dworca, aby nie wzbudzać żadnego podejrzenia. Po godzinnym oczekiwaniu nadjechał jakiś pociąg, którym przejechałem kilka kilometrów i był koniec jazdy. Była to niewielka stacja zapełniona żołnierzami. Na szczęście oczekiwanie na następny pociąg nie trwało długo. Nadjechał pociąg, który nas zawiózł do miasta Kottbus[*5] […]
   Czekając na pociąg do Łodzi, która już nazywała się Litzmannstadt, wszedłem do poczekalni dworcowej, która była przeznaczona dla obcokrajowców, a była też specjalna dla Niemców było w niej pełno ludzi. Natomiast w naszej poczekalni były jeszcze wolne miejsca, nawet przy stolikach. Zająłem miejsce przy stoliku, zamówiłem kawę z mlekiem i przeglądałem gazety. W tym czasie podchodzi do mojego stolika młodzieniec niemiecki ze znaczkiem młodzieży niemieckiej w klapie (Hitlerjugend) i pyta mnie, czy może zająć wolne miejsce przy moim stoliku, na co wyraziłem zgodę. W pewnym momencie spojrzał w kierunku drzwi i ujrzał napis „für Fremden” (dla obcokrajowców), wtedy nie zastanawiając się, odpiął swoją odznakę organizacyjną i schował do kieszeni. Z tego wynika, że jako Niemiec nie powinien zajmować miejsca w tej poczekalni. Ubawiła mnie ta sytuacja, bo ja odpiąłem literkę P, aby bezpieczniej podróżować, natomiast on schował swoją odznakę organizacyjną, aby wygodniej przebywać w poczekalni, czekając na pociąg, a ich poczekalnia była zatłoczona ludźmi. Przekonałem się, że tak zdyscyplinowany naród też potrafi szukać różnych sposobów, aby sobie ułatwić okres oczekiwania[*6].
   Około południa nadjechał pociąg cywilno-wojskowy na wschodni front przez Łódź. Przejeżdżaliśmy przez polskie miasta, które miały zmienione nazwy i trudno było zorientować się, gdzie się człowiek znajduje. Ponieważ tym pociągiem jechało wojsko, to jechała z nim kuchnia wojskowa. W pewnym momencie do przedziału przyszedł żołnierz z wiadomością, że pozostało trochę obiadu, chętni mogą skorzystać z tej okazji. Chętnie bym zjadł coś ciepłego, bo już całą noc i dzień byłem w drodze, ale obywatele Rzeszy też byli głodni, ja więc musiałem z tej przyjemności zrezygnować.
   Zbliżała się godz. 20, gdy nasz pociąg dojechał na dworzec Łódź Kaliska. Wyszedłszy z dworca wsiadłem w tramwaj jadący w stronę dworca Fabrycznego i dojechałem do ul. Piotrkowskiej, która wtedy nazywała się Adolf-Hitler-Straße, tam wysiadłem, wypatrując, jakim tramwajem udać się na Zdrowie, a stamtąd do Konstantynowa, który Niemcy nazwali Tuchingen. Zobaczyłem tramwaj jadący w kierunku ogrodu zoologicznego […] więc wsiadłem i dojechałem do Zdrowia, a tam już czekał na pasażerów tramwaj do mojego miasta i przed godziną policyjną, to jest 21, byłem na miejscu […] W poniedziałek zgłosiłem się do miejscowej policji, aby zameldować swój przyjazd. Gdy będący na posterunku zobaczył mój dowód, którym się legitymowałem, z numerem na piersiach i w stroju roboczym, ze zdziwieniem powiedział – oczywiście po niemiecku – jak ty człowieku wyglądasz, jak jaki bandyta, na co mu odpowiedziałem, że przecież ich władze taki dowód mi wydały.
   Po wizycie w miejscowym posterunku policji rozpocząłem wykorzystywać urlop, odwiedzając krewnych i znajomych, którzy mieli szczęście przebywać na miejscu. Dzień za dniem upływał i zbliżał się koniec urlopu, który trwał w dniach 16-28.2.1944 r. W tym czasie, kiedy urlopowałem, p. Góranowska czyniła starania, aby załatwić sprawę mojego pozostawania na miejscu. Wszystko miało się odbyć zgodnie z wymogami przepisów władz okupacyjnych. Musiałem być chory, choroba musiała być potwierdzona przez lekarza, a komisja działająca przy Urzędzie Zatrudnienia musiała uznać uszczerbek na moim zdrowiu i orzec, czy nadaję się do powrotu do Rzeszy, do kopalni. Według tak przygotowanego harmonogramu szły wszystkie poczynania. Ponieważ urlop dobiegał końca, a tym samym musiałbym wracać do pracy, w moim przypadku było to niemożliwe [ze względu] na stan zdrowia. Dlatego musiałem się zgłosić do lekarza. Zostałem skierowany do lekarza domowego, który przyjmował w Łodzi przy ul. Senatorskiej. Lekarz był poinformowany o mojej wizycie, ale tego nie okazywał. Przed wizytą na czczo polecono mi wypić 100 gramów benzyny oczyszczanej, którą po znajomości kupiłem w aptece przy ul Andrzeja w Łodzi. Wypicie takiej dawki nie stwarzało wielkiego ryzyka, ponieważ było to robione z wiedzą lekarza, ale osoby, które miały mnie o tym poinformować, nie były pewne, czy wyrażę zgodę na ten napój. Po spożyciu wyznaczone dawki, gdy zbliżył się czas wyjazdu do Łodzi, w towarzystwie cioci Góranowskiej tramwajem udaliśmy się w podróż. Po przyjeździe do Łodzi wstąpiliśmy do sklepu rzeźniczego przy ul. Gdańskiej, gdzie pracowała ekspedientka, pani Marysia, która również uczestniczyła w akcji zostawienia mnie na miejscu. Gdy mnie zobaczyła, zapytała, jak się czuję,
a gdy opowiedziałem o dobrym samopoczuciu, doszła do wniosku, że spożyta dawka może być za mała i podała jeszcze podobną dawkę. Jej spożycie ujemnie wpłynęło na mnie. Po drodze z ul. Gdańskiej na Senatorską musiałem często korzystać z ustronnych miejsc. Po wielu trudach doszliśmy do lekarza. Listę chorych prowadziła żona lekarza. W poczekalni prowadziła ona rozmowę z pacjentami, że ludzie starają się wprowadzić w błąd lekarza, zażywając różne środki w tym celu, np. proszki od bólu głowy. Powiedziała, że teraz lekarze już poznali te kombinacje i nie jest łatwo ich oszukać. Słuchając tych wypowiedzi, nie miałem powodu do radości, bo moja sytuacja była podobna, z tą tylko różnicą, że lekarz wiedział o celu mojej wizyty […]
   Nareszcie wszedłem do gabinetu lekarskiego. Powiedziałem lekarzowi, że jestem na urlopie, urlop mi się kończy, a ja źle się poczułem i dlatego przychodzę. Rozmawialiśmy z sobą tak, jakby jeden o drugim nic nie wiedział. Lekarz kazał mi otworzyć usta i pokazać język. Na jego widok strasznie się skrzywił wyraził przypuszczenie, że niezwykły swąd z ust pochodzi z żołądka. A był to niesamowity zapach, jak z samochodu. Zapach benzyny zmieszany z dymem papierosów, bo przy tym dużo paliłem, powodował przykry zapach wydychanego powietrza. Lekarz przepisał mi jakieś leki, których wcale nie ruszyłem i po kilku dniach musiałem znów stawić się do niego. Przed następną
wizytą również spożyłem 100 gramów benzyny oczyszczanej. Tym razem pojechałem sam do lekarza. Nie przepisał mi żadnych leków, lecz wydał mi zaświadczenie, z którym miałem się udać do Urzędu Zatrudnienia. Zaświadczenie było zaklejone, ale udało mi się je otworzyć i zapoznać z jego treścią. A treść zaświadczenia brzmiała: 15% utraty zdrowia z powodu wady serca, osłabienia nerwowego i choroby żołądka. Na wyjazd do pracy do Niemiec nie nadaje się, może być użyty na miejscu do pracy niewymagającej dużego wysiłku. Zaświadczenie to było wiążące dla Urzędu Zatrudnienia, ponieważ wystawił je lekarz zaopatrzony w pieczątkę „Zaufany lekarz Urzędu Zatrudnienia” (Vertrauen Arzt des Arbeitsamt). Taki napis miała pieczątka w języku niemieckim.
   Zaopatrzony w to zaświadczenie udałem się do Urzędu Zatrudnienia. Urzędnik je przejrzał, a ponieważ byłem zarejestrowany w grupie robót budowlanych, powiedział, że nie ma dla mnie pracy i kazał mi na własna rękę poszukać odpowiedniej, a wtedy mam się zgłosić, to on mnie zarejestruje.
   Nastał okres poszukiwania odpowiedniej dla mnie pracy. Początkowo poszukiwania nie dawały rezultatów […] Czas uciekał, minął marzec i nastał kwiecień, a ja nadal bez pracy. Ciocia G. [*7] miała kuzyna pracującego w fabryce pończoch w Łodzi przy ul. Targowej. Właścicielem fabryki był miejscowy Niemiec. Kuzyn porozmawiał z nim na mój temat i on kazał się zgłosić. Pojechałem do niego, przedstawiłem cała sprawę, a on zapytał, gdzie są moje papiery. Odpowiedziałem, że w Urzędzie Zatrudnienia. Zadzwonił i tam dowiedział się, że firma, w której pracowałem w Niemczech, czyli kopalnia węgla brunatnego, domaga się mojego powrotu. W takiej sytuacji rozmowa się zakończyła, a ja szybko powróciłem do domu i przedstawiłem, jak sprawa wygląda. Do Urzędu [Zatrudnienia] nie poszedłem, bo zdawałem sobie sprawę, że skoro firma stara się o mój powrót, to należy sprawę zakończyć przez tych, którzy podjęli się ją załatwić. Ciocia pojechała do p. Marysi, przedstawiła całą sprawę i wynik pomyślny był za dwa dni. Zostałem umówiony z jednym z pracowników Urzędu, który dał mi skierowanie do pracy do Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego w Łodzi.
   Z dniem 25 kwietnia 1944 r. zostałem pracownikiem w warsztatach tramwajowych. Kierownictwo warsztatów składało się przeważnie z miejscowych Niemców, chociaż w biurze byli zatrudnieni też Polacy. Majstrami byli Niemcy i Polacy. Moim majstrem był Polak. Załoga warsztatu w większej części składała się z Polaków. Niemców w tym warsztacie można by na palcach policzyć. Współpraca wśród pracowników układała się dobrze. Polska część załogi była zorganizowana, czego dowodem było, że po wypłacie zbierali składki na pomoc dla żon i dzieci tych pracowników, którzy zostali uwięzieni albo zmuszeni byli się ukrywać z dala od rodziny. Mnie do tej akcji nie włączali, bo za krótko mnie znali, aby wtajemniczać mnie w swoje poczynania.
   Jeden z moich współpracowników od pierwszych dni darzył mnie swoim zaufaniem. Był to przedwojenny działacz związkowy o poglądach lewicowych. Często rozmawialiśmy na tematy bieżące, a nieraz, żegnając się po pracy, mawiał, że nie wiadomo, czy jutro się zobaczymy, bo idzie na jakieś ważne spotkanie. Musiał się zorientować w moich poglądach, bo gdy Łódź została wyzwolona, zapytał mnie: co myślicie, kolego, o zaistniałej sytuacji? Odpowiedziałem, że jeszcze wojna nie jest skończona, a po zakończeniu zobaczymy, jak się sprawy potoczą. Od niego dowiedziałem się, że Stronnictwo Demokratyczne jest swego rodzaju odskocznią dla polskiej inteligencji, która nie znalazłaby miejsca dla siebie w partiach robotniczych. Po zakończeniu wojny był ważną osobą, zajmując wysokie stanowiska. Był nawet posłem Krajowej Rady Narodowej i zakończył swoją karierę jako działacz związkowy.
   W okresie okupacji w zakładach pracy działały zakładowe służby obrony przeciwlotniczej. W czerwcu zostałem powołany do takiej służby. Po krótkim przeszkoleniu, od 1 września zostałem przydzielony do pełnienia dyżurów w niedziele. Niedziele były wolne od pracy, za to były dyżury obrony przeciwlotniczej. Dyżury miałem wyznaczone, co drugą niedzielę. Na dyżurach najczęściej nic się nie robiło, bo nie było potrzeby. Najczęściej grało się w karty lub prowadziło pogawędki. Z dniem 12 października wprowadzono dyżury w tygodniu; mnie wyznaczono dyżur w każdy piątek od godz. 16.30 do 21.00. W tym czasie, kiedy wróciłem z Rzeszy, w niedziele nie wolno było jeździć tramwajami dojazdowymi. Gdy ktoś musiał w niedzielę dostać się do Łodzi, czy do innego miasta mającego połączenie tramwajowe, musiał uzyskać pozwolenie z policji. Dlatego też, mając dyżury w niedziele, otrzymałem z zakładu pracy specjalną przepustkę na przejazd tramwajem dojazdowym, ale tę przepustkę dawali tylko wtedy, kiedy miałem w niedziele dyżur. Tylko w ostatnim miesiącu udało mi się ją zatrzymać.
   Atmosfera w zakładzie pracy zależała od działań na frontach wojennych. Po wybuchu Powstania Warszawskiego nastroje ludności niemieckiej jeszcze bardziej były posępne, tym bardziej odwrót wojsk na froncie wschodnim nie wróżył nic dobrego. Natomiast Polacy żyli nadzieją, że okupant w niedługim czasie opuści nasze tereny […] W końcowych miesiącach lata zaczęły nasilać się przygotowania do działań wojennych. Zaczęły się wywózki Polaków do kopania okopów i różnych rowów ochronnych. Polacy z naszych stron byli wysyłani w okolice Sieradza, Wielunia i innych odległych miejscowości. Z naszej firmy, co tydzień wysyłali kilkadziesiąt osób do kopania rowów przeciwczołgowych w okolicach Rzgowa. Też miałem „szczęście” uczestniczyć kilka razy w tych pracach. Wielu naszych znajomych zostało wywiezionych do tych robót …]
   Czas upływał, front rosyjsko-niemiecki coraz bliżej nas. W styczniu 1945 r. dało się zauważyć duże poruszenie wśród miejscowych Niemców. W drugiej dekadzie stycznia widać duży ruch wojska, które już w nieładzie maszeruje w zachodnim kierunku. We wtorek 14 stycznia, wracając z popołudniowej zmiany po godz. 21, nie mogliśmy wydostać się z Łodzi w kierunku Konstantynowa. Tory tramwajowe zajęte przez wagon towarowy, na który ładują wyposażenie dowództwa wojskowego. Po naładowaniu tory zostały uwolnione i nasz tramwaj mógł przejechać, ale w tym czasie został ogłoszony alarm przeciwlotniczy. Niebo zostało oświetlone jakimiś choinkami świetlnymi, a do tego ośnieżona okolica i księżyc dawały taką jasność, że można było szpilkę znaleźć. Dało się również słyszeć warkot przelatujących samolotów. Tramwaj nasz przejechał Zdrowie, Brus i nie zajechał do zajezdni w Brusie, lecz przejechał jeszcze kilkadziesiąt metrów i zatrzymał się w polu. W czasie nalotów tramwaje nie zjeżdżały do zajezdni, lecz zatrzymywały się z dala od zajezdni, aby w ten sposób było mniej zniszczeń w chwili bombardowania zajezdni.
   W tym czasie elektrownia wyłączyła prąd i [przez] kilka godzin tramwaje nie kursowały. W pobliżu zatrzymanego tramwaju mieszkali rodzice mojego kolegi szkolnego. Do nich się udałem i czas alarmu przeciwlotniczego u nich przetrzymałem. Gdy się wszystko uciszyło, pieszo ruszyłem w stronę domu, a było do przebycia około 4 km. Grubo po północy zjawiłem się w domu, przywitany przez żonę i ciotkę z radością. Wujka nie było, bo był zatrudniony przy okopach. Następnego dnia jeszcze udałem się do pracy, ale wcześniej zwolnili nas do domu, bo warunki podróżowania stawały się z każdym dniem gorsze. Drogi i ulice zatłoczone cofającym się wojskiem, a za wojskiem zaczęła uciekać niemiecka ludność cywilna. Uciekała ta ludność, która obawiała się spotkania z Armią Czerwoną.
   W czwartek cały dzień przez miasto przesuwały się kolumny wojskowe. Za wojskiem nadal posuwała się ludność cywilna wozami, pieszo, ciągnąc za sobą saneczki z drobnym dobytkiem. Widok był niesamowity. Oglądaliśmy przemieszczanie się ludności polskiej we wrześniu 1939 r. i to wywoływało w nas litość i ubolewanie, ale ucieczka w 1945 r. wyglądała dużo żałośniej, bo nie świeciło słońce, lecz towarzyszył im kilkustopniowy mróz. Taka wędrówka trwała przez cały czwartek i noc. Z oddali dochodziły odgłosy strzałów armatnich, co dowodziło, że wojska sowieckie się zbliżają. Zaczęli powracać ludzie wywiezieni do kopania okopów. Wrócił też nasz wujek.
   W piątek w godzinach popołudniowych od strony Zgierza nadjechał czołg radziecki i zaczął ostrzeliwać nasze miasto. Jeden z pocisków trafił w dom przy ul. Łaskiej i pl. Kościuszki. Pocisk wpadł do pokoju balkonowego, robiąc w nim poważne uszkodzenia. Mieszkańcy tego mieszkania schronili się razem ze mną w sklepie rzeźniczym przy pl. Kościuszki, tylko z przeciwnej strony placu. W pewnym momencie zauważyliśmy żołnierzy, którzy z pepeszami gotowymi do strzału chodzili koło domu, patrząc, czy nie ma gdzieś jakiego punktu oporu. Przyjechali czołgiem, który ustawili przy budynku Urzędu Miasta.
   Po kilku minutach wyszliśmy z pomieszczenia, a ponieważ wujek znał dobrze język rosyjski, więc czuliśmy się przy nim dość bezpieczni. Gospodyni poczęstowała ich kawą, ale napili się wtedy, kiedy wujek spróbował pierwszy. Pod tym względem byli ostrożni. Pierwsze słowa, jakie powiedzieli, to pytanie, czy są Germańscy i czy daleko do Berlina. Tego dnia wyprowadzili z domu przy ul. Łódzkiej kilku żołnierzy niemieckich, którzy tam się ukryli.
   W nocy z piątku na sobotę nadeszły dalsze jednostki wojska sowieckiego, a wraz z nimi jednostki Ludowego Wojska Polskiego […] W sobotę poszliśmy do Łodzi, odwiedzić siostrę wujka, która mieszkała przy ul. Targowej. Odbycie takiej podróży pieszo zajęło nam kilka godzin. Przed wieczorem wróciliśmy do domu i dowiedzieliśmy się, że zaczyna organizować się życie w mieście. Powstała Milicja Obywatelska, aby czuwać nad porządkiem w mieście, aby nie wytworzyła się anarchia w tym okresie przejściowym. Ja z wujkiem również zgłosiliśmy się do utworzonej milicji, bo zdawaliśmy sobie sprawę, że jest to naszym obywatelskim obowiązkiem. Szeregi milicji powiększały się z godziny na godzinę […] Wujek po kilku dniach wycofał się z tej akcji, bo zajął się uruchomieniem swojego warsztatu pracy, to jest otworzeniem sklepu, który musiał zlikwidować w czasie okupacji. Ja pozostałem jeszcze przez kilka dni, a byłem zajęty na posterunku w kancelarii. Po kilku dniach społecznego dbania o porządek w mieście zaczynał się tworzyć zorganizowany organ, który miał przejąć obowiązek zabezpieczenia porządku.
   Pewnego dnia przyjechał komendant powiatowej Milicji Obywatelskiej, jednostki już ustabilizowanej i przeprowadził rejestrację tych, którzy chcieli pozostać w służbie. Mówił też o możliwości skoszarowania, a nawet reklamacji od służby wojskowej, jeżeli ktoś z Milicji zostałby powołany do wojska. A należy wiedzieć, że jeszcze w styczniu powołano na komisję poborową piętnaście roczników, których można było w każdej chwili powołać do wojska. Wojna trwała dalej, bo zakończyła się dopiero ósmego maja. Toteż wizja możliwości reklamacji mogła być zachętą do wstąpienia w szeregi MO. Na tym zebraniu został wybrany nowy komendant, człowiek lewicowy, a taki odpowiadał komendantowi powiatowemu, bo gdy przyjechał i spotkał się ze społeczną komendą samorzutnie zorganizowaną, powiedział, aby nie dopuścić do współpracy z AK. Nie zdawał sobie sprawy, że rozmawiał z ludźmi z szeregów AK.
   Po wspomnianym zebraniu cała komenda wycofała się z dalszej pracy. Ja również z tej akcji się wycofałem, bo nie odpowiadała mi praca mundurowa, poza tym miałem zarezerwowaną pracę w Miejskim Przedsiębiorstwie Komunikacyjnym, a tylko czekałem, kiedy uruchomią tramwaje podmiejskie. Już w styczniu zameldowałem, że wrócę do pracy, gdy będą warunki do przyjazdu, a takie warunki nastały w drugiej połowie lutego. Zgłosiłem się wtedy do pracy i zatrudniony zostałem w narzędziowni. Praca była ciekawa i interesująca, odbywała się w dość specyficznych warunkach. Pracowało się nie pytając, ile za to zapłacą. Trudno było zdobyć środki żywnościowe. Toteż w zakładach pracy działały komisje zaopatrzeniowe, które zajmowały się zdobywaniem artykułów żywnościowych.
   W tych czasach trudnych z zaopatrzeniem w żywność każdy pracownik otrzymał rację żywnościową składającą się z 5 kg maki, 2 kg cukru i 2 kg mięsa zwanego rąbanką. Od czasu do czasu otrzymywaliśmy paczki z pomocy amerykańskiej; tak zwaną pomoc z UNRRA. W tym okresie odbywały się dość często różne manifestacje, świętujące sukcesy armii radzieckiej i naszego wojska. Jedną z takich manifestacji doskonale pamiętam, bo po pracy musiałem pieszo iść do domu do Konstantynowa. Miało to miejsce w marcu po zdobyciu Gdańska. W tym czasie tramwaje kursowały do godz. 18, a ostatni odjeżdżał z Placu Wolności o godz. 17.20. We wspomnianym dniu po pracy ruszyliśmy pochodem na plac Wolności. Wiec się przedłużał, tramwaj do placu Wolności nie dojechał, tylko do ul. Cmentarnej i stamtąd odjechał do Konstantynowa. Gdy zbliżał się czas przyjazdu tramwaju, a on się nie ukazywał, szedłem w jego kierunku, a wtedy spotkany kontroler poinformował mnie, że tramwaj odjedzie z ul. Cmentarnej. Udałem się pospiesznie w tamtym kierunku i gdy się już zbliżałem, tramwaj odjechał. Perspektywa pieszej wędrówki około 8 km pośród zapadających ciemności, gdy można spotkać różne niepoczytalne elementy, nie napawała optymizmem. A przy tym człowiek grubiej ubrany, bo okres zimy, co utrudniało szybsze poruszanie się. Wezwawszy pomocy Bożej, trochę biegiem, trochę forsownym marszem zacząłem pokonywać przestrzeń dzielącą mnie od domu. Po około 40 minutach znalazłem się w domu zmęczony, ale i zadowolony, że udało mi się szczęśliwie dotrzeć i zaoszczędzić kłopotów żonie i rodzinie.
………………………………..
[*1] Teraz część Łodzi.
[*2] O działalności niemieckich dywersantów w Nowosolnej zob. R. Leszczyński, Starodawna parafia w Mileszkach, Łódź 2012, s. 54; K. A. Czernielewski, Przygotowania wojenne garnizonu Wojska Polskiego miasta Łodzi, w: Łódź w 1939 roku, Łódź 2011, s. 178-179.
[*3] Wszędzie tam, gdzie autor wspomnień wspominał o kawie, należy pamiętać, że miał na myśli kawę zbożową (R.L.).
[*4] Miejscowość na północ od Lipska (R. L.)*6
[*5] Główne miasto Dolnych Łużyc; w języku dolnołużyckim Chośebuz, po polsku Chociebuż (R. L.)
[*6] Przynależność do Hitlerjugend była obligatoryjna dla młodzieży męskiej, a oprócz tego w Chociebużu mógł to być młodzieniec narodowości łużyckiej, przez państwo hitlerowskie uważanej za Niemców, lecz niekoniecznie przez samych Łużyczan (uwaga R. L.).
[*7] Prawdopodobnie chodzi o p. Góranowską. (R. L.)

Pozostałe informacje

 
2021-11-23
NASZ RAPORT: Trzeci rok kadencji

NASZ RAPORT:
Trzeci rok kadencji

VIII kadencja samorządu terytorialnego (2018-2023). Podsumowanie trzeciego rok kadencji
 
2021-11-22
Najgorszy w całej dekadzie rok, dla naszego sportu, w RSS

Najgorszy w całej dekadzie rok, dla naszego sportu, w RSS

Minął trzeci rok kadencji (2018-2023) cz. 6
 
2021-11-22
Tych dokumentów nie może brakować w BIP-ie

Tych dokumentów nie może brakować w BIP-ie

Minął trzeci rok kadencji (2018-2023) cz. 5
 
2021-11-22
Opozycji praktycznie już nie ma

Opozycji praktycznie już nie ma

Minął trzeci rok kadencji (2018-2023) cz. 4
 
2021-11-22
Radni zaczęli się spotykać z mieszkańcami

Radni zaczęli się spotykać z mieszkańcami

Minął trzeci rok kadencji (2018-2023) cz. 3

■ Jesienią roku 2021 radni rady miejskiej zaczęli się oficjalnie spotykać z mieszkańcami.
  
Przez niemal trzy lata trwającej kadencji konstantynowskiego samorządu gminnego radni rady miejskiej nie organizowali spotkań z mieszkańcami, naruszając tym samym Statut Miasta. Niestety, 15.06.2021 radni zmniejszyli sobie statutowy wymóg do odbywania tych spotkań z 5 do 2 w kadencji.
Bernard Cichosz

 
2021-11-22
Renowacja targowiska ciągle wyzwala emocje

Renowacja targowiska ciągle wyzwala emocje

Minął trzeci rok kadencji (2018-2023) cz. 2
 
2021-11-22
Tendencja spadkowa Konstantynowa Łódzkiego w rankingach gmin

Tendencja spadkowa Konstantynowa Łódzkiego w rankingach gmin

Minął trzeci rok kadencji (2018-2023) cz. 1
 
2021-11-22
Minął trzeci rok kadencji

Minął trzeci rok kadencji

VIII kadencja samorządu terytorialnego (2018-2023)
 
2021-11-22
Czy posłowie będą solidarni?

Czy posłowie będą solidarni?

Kryzys na granicy
 
2021-11-21
Nasze kluby w ogólnopolskich rankingach gier zespołowych 2021

Nasze kluby w ogólnopolskich rankingach gier zespołowych 2021

 
2021-11-20
Szczypiorniści przegrali u siebie

Szczypiorniści przegrali u siebie

PIŁKA RĘCZNA MĘŻCZYZN I liga grupa C

♦ Kolejka 8: 20 listopada 2021 (sobota)
KKS Włókniarz – AZS UW Warszawa 30:34 (13:15)
W sobotę 20 listopada 2021 piłkarze ręczni KKS Włókniarz Konstantynów Łódzki, po upływie czterech tygodni, znów zagrali u siebie. W ósmej kolejce I ligi (gr. C) konstantynowianie zmierzą się z drużyną AZS UW Warszawa przegrali 30:34 (13:15). Włókniarz z 1 zwycięstwem (3 pkt) zajmuje, wśród 11 zespołów, 10 miejsce.
BC

 
2021-11-20
W sezonie 2020/2021 BHT KKS Włókniarz zajął miejsce 10 wśród 12 drużyn w Polsce

W sezonie 2020/2021 BHT KKS Włókniarz zajął miejsce 10 wśród 12 drużyn w Polsce

 
2021-11-20
Młodziczki UKS Lider I i UKS Lider II za tydzień

Młodziczki UKS Lider I i UKS Lider II za tydzień

PIŁKA SIATKOWA Rozgrywki wojewódzkie MŁODZICZEK

Turnieje rozgrywek wojewódzkich młodziczek (gr. 1 i gr. 3), z uwagi na kwarantannę zawodniczek jednego zespołu (w każdej z wymienionych grup), odbędą się w innym terminie. Wstępnie planuje się 28 listopada br.

BC

 
2021-11-19
Szczypiorniści u siebie

Szczypiorniści u siebie

PIŁKA RĘCZNA MĘŻCZYZN I liga grupa C
 
2021-11-19
Wśród 150 drużyn w Polsce, Włókniarz zajął miejsce 79-82. Za nim 68 zespołów

Wśród 150 drużyn w Polsce, Włókniarz zajął miejsce 79-82. Za nim 68 zespołów

 
2021-11-18
Kadetki Lidera wygrały z UMKS Tuszyn

Kadetki Lidera wygrały z UMKS Tuszyn

PIŁKA SIATKOWA Rozgrywki wojewódzkie KADETEK

♦ 15/ 2021-11-18 (czwartek)
Lider – UMKS Tuszyn 3:2 (25:23, 25:20, 23:25, 19:25, 21:19)
W czwartek 18 listopada 2021 kadetki UKS Lider Konstantynów Łódzki wygrały u siebie z UMKS Tuszyn 3:2 (25:23, 25:20, 23:25, 19:25, 21:19). W rundzie zasadniczej w grupie 1, konstantynowianki zagrały już 5 spotkań. Mają 7 pkt. Rywalki w 6 meczach zdobyły 8 pkt.
BC
 

 
2021-11-18
Wśród 215 zespołów w Polsce Włókniarz zajął miejsce 95-109. Wyprzedził 106 drużyn

Wśród 215 zespołów w Polsce Włókniarz zajął miejsce 95-109. Wyprzedził 106 drużyn

 
2021-11-18
Adoracja Najświętszego Sakramentu

Adoracja Najświętszego Sakramentu

KONSTANTYNÓW ŁÓDZKI Kościół pw. Świętego Józefa Robotnika, 19 listopada 2021 (piątek) 18:45

PRZYPOMINAMY:

 

Weż udział w trudach i przeciwnościach
jako dobry żołnierz Chrystusa Jezusa
(2 Tm 2, 3)
W piątek 19 listopada 2021 o godz. 18:45 parafia pw. Świętego Józefa Robotnika w Konstantynowie Łódzkim zaprasza na – prowadzoną przez wspólnotę Oazy Rodzin – Adorację Najświętszego Sakramentu do kościoła parafialnego przy ul. Jana Pawła II nr 31.
BC
Fot. Bernard Cichosz

 
2021-11-17
Wśród 5265 zespołów w Polsce KAS zajęła miejsce 1019-1087. Wyprzedziła 4178 zespołów. KKS Włókniarz był 2417-2549., za nim 2716 drużyn

Wśród 5265 zespołów w Polsce KAS zajęła miejsce 1019-1087. Wyprzedziła 4178 zespołów. KKS Włókniarz był 2417-2549., za nim 2716 drużyn

 
2021-11-16
Sportowy dorobek Konstantynowa Łódzkiego 2020/2021 (uzupełniony)

Sportowy dorobek Konstantynowa Łódzkiego 2020/2021 (uzupełniony)

Analizy redakcji dziennika „43bis” i miesięcznika „Wiadomości - 43bis”
 
2021-11-15
Rady muszą podnieść zarobki włodarzom. Włodarze muszą dać podwyżki podwładnym. Radni zapewne nie zapomną o swoich dietach

Rady muszą podnieść zarobki włodarzom. Włodarze muszą dać podwyżki podwładnym. Radni zapewne nie zapomną o swoich dietach

 
2021-11-13
Wysoka przegrana szczypiornistów

Wysoka przegrana szczypiornistów

PIŁKA RĘCZNA MĘŻCZYZN I liga grupa C

♦ Kolejka 7: 13 listopada 2021 (sobota)
ORLEN Wisła II Płock – KKS Włókniarz 37:23 (18:8)
W sobotę 13 listopada 2021, w siódmej kolejce I ligi (gr. C) piłkarze ręczni KKS Włókniarz Konstantynów Łódzki przegrali na wyjeździe z drużyną ORLEN Wisła II Płock 23:37 (8:18). Włókniarz z 1 zwycięstwem (3 pkt) zajmuje, wśród 11 zespołów, 10 miejsce.
BC

 
2021-11-12
W III lidze Lider zagra 10 grudnia

W III lidze Lider zagra 10 grudnia

PIŁKA SIATKOWA Rozgrywki wojewódzkie III LIGA seniorek
 
2021-11-11
Troje Zasłużonych dla Miasta Konstantynowa Łódzkiego

Troje Zasłużonych dla Miasta
Konstantynowa Łódzkiego

Zofia Janiszewska-Bułka, Marian Kaczorowski, Ryszard Żubicki
 
2021-11-11
Polacy podziękowali Bogu za niepodległość

Polacy podziękowali Bogu za niepodległość

Narodowe Święto Niepodległości, 11 listopada 2021
 
 
  • najnowsze Wiadomości 43bis
  • https://KŁZAMUNDUREM
  • https://WOT
  • https://KRYSZTOPA
  • https://Sprintem po wynik
  • https://TySol
  • https://SPONSOR PREMIUM # WASZE GROBY W NASZYCH SERCACH
  • https://Warto pamiętać w roku 2021
  • https://POD BIAŁO-CZERWONĄ
  • https://szkolawlodzi.jezuici Szkoła Podstawowa im. św. Ignacego Loyoli w Łodzi
  • I LOdD
  • https://pl-pl.facebook.com/Magdalena-Korzekwa-Kaliszuk-1051043068243338/
  • LOdD
  • IPN
  • Katalogi IPN Katalogi IPN
  • Inwentarz archiwalny IPN Inwentarz archiwalny IPN
  • Przemysław Gintrowski Jeszcze dzień Jeszcze dzień
  • https://KlanMROWISKO
  • Kalendarz
  • https://prognoza POGODY